Przepis na sukces – sos pomidorowy i intuicja

Stanęłam w kuchni z umową w ręku i pomyślałam o tym, że robię krok na głęboką wodę. Kolejny krok. Tym razem zagubiona, choć w swoim kraju, samotna, mimo że między ludźmi. Pytałam wciąż siebie, czy to, co teraz zamierzam robić, to moja życiowa droga. I słyszałam w sobie ten cichy głos, że to właśnie to, że to droga, która doprowadziła mnie kiedyś, lata temu do obcego kraju, to droga, przed którą tak się broniłam…droga, która otworzy mi drzwi do życia, którym chcę żyć. Ale teraz przerażenie brało górę, strach przed tym, co się wydarzy. On towarzyszył mi od miesięcy i nie dawał spać, przypierał do muru. Strach roztoczył nade mną niewidzialny, ale wyczuwalny płaszcz i bałam się, że nie przepuści żadnej myśli i wolnego oddechu.

I przypomniałam sobie początek tej drogi….

Wyjazd na studia do Włoch był dla mnie nie tylko pragnieniem uczenia się. Był także, a może przede wszystkim chęcią wyrwania z szarego kraju, gdzie możliwości były niewielkie. Był chęcią złapania pełnego oddechu, wolności i podróży, o których śniłam. Zakochałam się we Włoszech,

włoskim mężczyźnie, a nawet w jakiś sposób w swojej włoskiej teściowej.

Pełen ludzi dom, dla których matka mojego męża gotowała obiady i kolacje zaskakiwał mnie ciepłem i znajdowaniem sensu we wspólnych posiłkach. Kiedy wchodziłam do jej kuchni – pełnej zapachów, smaków i jej samej – zadawałam sobie pytanie o moc tej kobiety, o siłę, która rosła w niej z każdym wspólnym posiłkiem. Gotowała codziennie dla 12 mieszkających w jej domu osób i wciąż miała w sobie pogodę ducha i niekończące się pokłady energii. Lubiłam gotować, ale podziw dla niej był ogromny. Była królową kuchni. Magiem, Czarowała tam rzeczy niezwykłe w swej włoskiej zwykłości. Patrzyłam, pomagałam i chyba zupełnym przypadkiem pochłaniałam atmosferę i ten rodzaj naturalności w przygotowywaniu mimochodem obiadu dla kilkunastu osób. Wydobyłam to z siebie później. Moja teściowa. Jeden z Asów w rękawie kuchennego fartucha.

Kolejnym Asem był Fransesco – dyrektor restauracji w Relais Todini – zabytkowej willi, pięciogwiazdkowego hotelu, w którym miałam przyjemność pracować przez 15 lat. Dlaczego tak długo? Gdyż było to dla mnie nie lada wyróżnienie. Tu nie zatrudniało się obcokrajowców, nie porzucało się tego miejsca, stąd nie chciało się odejść. Miejsce miało swoją historię i duszę. Kiedy poznałam swojego kierownika zrozumiałam, że chcę być taka.  On osiągnął nie tylko etat kierownika, ale i szacunek odpowiednim podejściem do człowieka. I tego mnie nauczył. Pomogła mi wrodzona pogoda ducha, poczucie humoru i to, że lubię ludzi. Z wzajemnością.  Pracując tu przyglądałam się jemu i najlepszym włoskiem kucharzom. Uczyłam się odnajdowania w kliencie jego osobowości, odpowiedniego podejścia do każdego nich. Z drugiej zaś strony „kradłam wzrokiem”, patrzyłam na pracę mistrzów kuchni i zapamiętywałam przepisy, przyglądałam się pracy restauracji, łagodzeniu konfliktów i odkładałam to na półkę w swoim sercu, by posłużyć się tą wiedzą w odpowiednim momencie. Kiedy wchodziłam do kuchni i patrzyłam na ich pracę nie czułam fascynacji, raczej zaciekawienie i dziwną tęsknotę. Tęsknotę za czymś, co miało nadejść. Kiedyś, jeszcze nie teraz.

Coraz częściej czułam jednak niepokój, siłę, która gdzieś mnie goniła. Intuicja podpowiadała mi, żeby zacząć coś swojego, coś gdzie mój temperament zmiesza się z włoskim smakiem.

To właśnie temperament pchał mnie do drugiej pracy. Wille, które wynajmowałam stały się dla mnie tym, co dawało mi większą frajdę. Hotel nie dawał mi już takiej przyjemności. Poświęciłam się temu zajęciu, ale czułam, że trzeba zrobić coś innego, coś więcej…Córka na studiach, dorastający syn i ja. Spełniona, ale chcąca czegoś innego. Szczęśliwa, ale pragnąca życia – i siebie.

Przyszło mi zetem do głowy, że zrobię coś w Polsce. Będę we Włoszech kilka letnich miesięcy, zimą natomiast będę rozkręcała coś swojego, włoskiego. W Polsce nie miałam nikogo. Poznań był dla mnie obcym miastem, ale miałam biznesową partnerkę. I tyle. Ta siła, która mnie tu pchała zaczynała działać przeciwko mnie. Nie udało się nam stworzyć mocnego, silnego biznesu. Wręcz przeciwnie. Z każdym dniem było coraz gorzej. Ona nie chciała zająć się kuchnią. Ja też nie chciałam do niej wejść. Bałam się jakiegoś rodzaju uzależnienia, tego, że nie wrócę do Włoch, do mojego domu, do dzieci. Czułam się pusta, niespełniona i tak bardzo przestraszona. Wszystkim. Całym tym polskim światem. Prowadzenie biznesu z osobą, która go nie czuje – nie mogło się udać. Po wspólniczce została zamknięta restauracja i faktury do spłacenia. I ja. Roztrzęsiona, załamana, samotna i wystraszona. Tak bardzo wystraszona.

To był najgorszy okres mojego życia. Depresja, brak snu, załamanie. Poczucie bezsensu. Światełkiem były maile i wiadomości od tych, którzy to miejsce odwiedzali i pytanie, czemu zostało zamknięte. Nie miałam jednak siły, ani ochoty, by coś zmienić. Chciałam spłacić zobowiązania i wyjechać stąd, zapominając o tym, co mnie spotkało. Z tego stanu wyrwał mnie telefon od właściciela lokalu, który dał mi nadzieję i pokazał, że bezsensem jest zostawienie tego, co budowałam.

Zatem podpisałam umowę i z nią stałam przypominając sobie każdy dzień mojego życia. A dopiero później zastanowiłam się, co ja z w zasadzie robię…

Głęboki oddech. I jeszcze jeden. Oszalałe serce nie chciało się uspokoić. Pomyślałam, że życie przez tak długi czas posuwało mi tę przyszłość, pokazywało, że kuchnia jest moim życiem, nie zawodem, A ja się przed tym tak broniłam. Teraz postanowiłam, że zacznę raz jeszcze. Sama. Bez ograniczeń, ludzi podcinających mi skrzydła. Poszukiwanie szefa kuchni okazało się bezowocne. Nie czuli tego tak, jak ja. Postanowiłam zatem tymczasowo zostać szefem kuchni sama. I zmywać i sprzątać. Postanowiłam nauczyć się każdej czynności w moim lokalu. Najtrudniej było z pizzą. Ma ponad metr i włożenie jej do pieca i wyjęcie stamtąd w takim samym stanie by rzeczą trudną. Spędziłam z nią 12 dni po 12 godzin. Miałam dosyć. Postanowiłam jednak dotąd się jej uczyć, póki nie polubię tej czynności. Zaczynałam zatem raz jeszcze i jeszcze.

Tak ze wszystkim. Uczyłam się, by móc nauczyć innych. Samotność stawała się bezbrzeżna. Sama sprzątałam, zmywałam i szefowałam. Wszystko sama. I ten strach, który wracał i nie pozwalał oddychać.

Zrobiłam użytek z tego, czego nauczyła mnie moja włoska teściowa i dyrektor restauracji. Wzięłam od nich to, co najlepsze i ubrałam w to siebie, dodałam swoją osobowość, charyzmę i nauczyłam się bezwzględnie słuchać intuicji. Zrozumiałam też, jak ważne jest, by nie blokować siebie i życia.

Otwierały się we mnie te wszystkie szufladki, w których przechowywałam to, czego się nauczyłam.

Włoscy kucharze z Relais Todini stali za mną rzędem. Każdy podpowiadał mojej głowie, mojej duszy, mojemu sercu przepisy ukryte w nim i w jego rękach. Wyciągałam je z pamięci jak najcenniejsze skarby ze starego kufra. Zmieniałam się, rosłam w siłę, czułam to. Wiele zrozumiałam.

Kiedy byłam w Polsce, w Poznaniu tymczasowo, kiedy moje wynajęte mieszkanie było hotelem – mój biznes nie rozwijał się tak, jak powinien. Teraz nastawiłam się na niego całą sobą. Na bycie tu i robienie tego, co kochałam całe życie. Zrozumiałam, że walka z sobą nie ma sensu, że można dojść do celu, jeśli się tego chce.

Stoję w swojej kuchni. W Pallino Ristorante Italiano. Radość rozpiera moje serce. Duszę. Mnie całą. Strach minął. Odszedł daleko. Czuję swoją siłę i wiem, że kiedy się chce – można. Zrobienie biznesu jest trudne, ale przecież nie niemożliwe. Mój humor, moje poczucie wartości dodaje mi skrzydeł. Każdego dnia, w każdej chwili.

Prowadzę warsztaty, zdobywam wyróżnienie i nagrody. Certyfikat, o którym marzyłam całe życie. Mogę być sobą i spełniać się. Jestem coraz silniejsza i ufam sobie, bo wiem, że ten ciężki czas, który mam za sobą wzmocnił mnie i nauczył nie poddawać się. Nigdy.

Patrzę w przyszłość z nadzieją. W oczach czasem czają się łzy radości i szczęścia. Tu jest moje miejsce. W kuchni. Dziś o tym wiem. Nie walczę już z sobą. Słucham siebie, swojej intuicji. Wierzę i pragnę więcej. Czuję bowiem wciąż głód. Tym razem wiem dokładnie. To głód spełnienia.