Przemek

Wszedłem do kolejnego z klientów porozmawiać o jego finansowym zobowiązaniu. Tym razem rozmowa przebiegła w miłej atmosferze. Zdawałem sobie sprawę, że nie zawsze mnie lubiono i nie byłem wyczekiwanym gościem. Jednak doskonałe zarobki i stabilizacja sprawiały, że pracowałem jako windykator. Przejście tu z ochroniarskiej firmy dało mi po prostu poczucie spokoju.

Kiedy dowiedziałem się, że mój teść jest w szpitalu i poproszono mnie, bym zajął się firmą, miałem poczucie, że zajmę się firma i dam sobie radę w korporacji. Przecież to potrwa tylko chwilę. Myliłem się . Ojciec żony umarł, a na moje barki spadło przedsiębiorstwo z pracownikami i zleceniami. Odejście z korporacji było bardzo trudną decyzją. Polubiłem jednak brukarstwo. Znałem się na tym, pracowałem w tej firmie jako pracownik kilka lat temu, zanim wszedłem do rodziny. Z jednej strony radość – własna, nieźle prosperująca firma. Z drugiej – ten rodzaj niepokoju… żeby tylko u mnie nie pojawił się taki windykator- Przemek, żebym to wszystko udźwignął.

W ciągu roku dokonałem niemal niemożliwego. Nowe zamówienia, wygrane przetargi, świetna pozycja na rynku. Nie wiem, co zrobiłem nie tak. Kiedy nastąpił moment, w którym wszystko runęło. Niedoszacowanie? Wzrost cen? Nie mam pojęcia. Wiem jedno. Rok 2014, który tak wspaniale zapowiadał się dwoma wygranymi przetargami – okazał się finansowym fiaskiem, ogromnymi długami i poczuciem przegranej. Komornicy, windykatorzy i ta ogromna niemoc. Co dalej? Co teraz? Na szczęście miałem wsparcie w żonie. Wzięła kredyt pod zastaw swojej nieruchomości, bym mógł dokończyć to, co rozpocząłem. Pieniądze, tak wyczekiwane, te, które miały nam poprawić życie – oddane wierzycielom. Na szczęście znano moją sumienność. Dano mi zlecenia, za które dostałem zaliczki, a nawet płatność z góry. Zacząłem widzieć światełko w tunelu. Byłem wdzięczny losowi za żonę i wszystkich życzliwych mi ludzi.

– Wiesz Beatko – powiedziałem do żony pewnego ciepłego popołudnia – tak nie może być.

– Jak ?– zapytała zdziwiona.

– No tak, że firma jest jakby jedną nogą, na której stoimy i nie mamy podpórki z drugiej strony.

Zapytała mnie, czy mam coś konkretnego na myśli, czy dopiero zacznę szukać drogi, którą chcę podążać.

– Mamy coś, czym możemy i chyba powinniśmy się zająć – powiedziałem wyraźnie zadowolony ze swojego pomysłu – powinniśmy dać ludziom to, co nas uszczęśliwia – zdrowie. Zdrowe, czyste otoczenie, dom, środowisko.  Pokażmy światu, że to ważne i dobre. Przecież ekologia i mikroorganizmy to to, w co wierzymy i stosujemy. Pomyśl, ile osób jeszcze o tym nie wie.

Uśmiech mojej żony i kiwnięcie głową z aprobatą były dowodem na to, że trafiłem w sedno.

 

***

Sobotni wieczór. Lubię je. Usiadłem z żoną przed telewizorem po całodziennej krzątaninie, sprzątaniu i zajmowaniu się domem. Dzieci poszły spać, a my mieliśmy ten krótki czas dla siebie na rozmowę i pobycie razem. Wziąłem jej dłoń w swoją rękę i aż się wzdrygnąłem. Piękne ręce mojej żony – stomatologa, jej wizytówka, pokryte były ranami od środków chemicznych. Uśmiechnęła się smutno.

– Chyba ten nowy środek do kabin, albo do wc mi nie służy – powiedziała.

– Nie może tak być – odpowiedziałem – nie możesz się tak męczyć.

– Znasz jakieś wyjście?

– Nie wiem, jeśli nie znam, to je znajdę. Nie chcę, żebyś się męczyła.

Na szczęście XXI wiek, komputer i Internet mocno nam pomogły. Było rok 2000. Poszukaliśmy środków ekologicznych do sprzątania domu. Zamówiliśmy i z niecierpliwością czekaliśmy najpierw na ich dostawę, potem na skutek w domu, w końcu na efekt „wow” a rękach żony.

Poskutkowało. W domu nie było drażniącego zapachu, a ręce Beaty zmieniły się diametralnie. Temat ekologii zaczął mnie pochłaniać. Widziałem płynące z niego dobro. I tak trafiłem na książkach o mikroorganizmach tak zwanych EM-ach. Byłem zszokowany, jak wiele dobrego mogą zrobić. Pojechałem na sympozjum i zakochałem się w temacie. Bakterie – zwykle kojarzone z destrukcją, oddają zdrowie, dają poczucie czynionego środowisku dobra.

Wprowadzaliśmy je do domu stopniowo. Zamiast środków do mebli, do mycia kuchni, potem do podłogi. Przy tym środku nasz zachwyt sięgnął zenitu. Zapach świeżej bryzy nie znikał po kilku minutach, trwał  wiele godzin. Mniej kurzu, lepsze powietrze.

Do dziś w myślach śmieję się na myśl, kiedy popsikałem roztworem psa, który zmoknięty wszedł do domu. Nie wierzyłem, że to zadziała. A jednak. Zadziałało. I to jak. Zapach, tak specyficzny zniknął nie tylko z pomieszczenia, ale także z naszej suni. Wciąż pamiętam miny domowników i moją dumę, że jest tak, jak być powinno.

Każdy środek sprawdzaliśmy na sobie. Wielokrotnie. Byliśmy testerami. I z coraz większym upodobaniem sięgaliśmy po mikroorganizmy. Także te, które pite – odbudowują florę bakteryjną jelit.

EM-y stały się moją pasją. Zdrowy tryb życia i te cudowne małe wspomagacze sprawiły, że dzieci przestały chorować, a ja poczułem, że czynię jakiś kawałek dobra.

– Wiesz kochanie – powiedziałem pewnego dnia- cieszę się, że w naszym domu stosujemy to, co pomaga środowisku, a nie szkodzi mu. Cieszę się, że to, co wylewamy po sprzątaniu wylewamy do kanalizacji to dobro, nie zło.

– Też się cieszę – powiedziała do mnie uśmiechnięta żona.

Wziąłem w ręce jej dłoń. Wypielęgnowaną, piękną. Dłoń, którą pamiętam z czasów, gdy jeszcze nie była moją żoną. Wizytówkę piękna.