Indie

Telefon z Indii wyrwał mnie z zamyślenia. Lubię współpracować z naszymi kontrahentami z tego kraju. Robią naprawdę ciekawe inwestycje, a ich kultura nadal mnie ciekawi i zastanawia. Ten telefon i ta inwestycja zapowiadała się tak samo ciekawie, jak kilka poprzednich.

– To jest duży obiekt – usłyszałem w słuchawce – chcę mieć tam efekt nalotu na miedzi, patyny, ale wiesz z takimi zaciekami z rdzy. Ściekającymi z góry na dół.

Pomyślałem, że temat jest wart zastanowienia. Nie tylko dlatego, ze to nasi kontrahenci, przyjaciele, ale także dlatego, że to, co powstanie może wyglądać naprawdę oszałamiająco.

Poprosiłem o kilka dni na wykonanie próbki i natychmiast wzięliśmy się do pracy. Wyglądało to naprawdę dobrze. Nawet się nie spodziewałem, że może to być tak interesujące połączenie.

Próbki wysłane pocztą kurierską czekały na akceptację. Ja czekałem zaś z niecierpliwością na to, co powiedzą, co pomyślą. Amerykańska firma, ich biura w Indiach miały szansę być wykonane właśnie przy użyciu naszych materiałów. Cztery piętra.

– Mariusz, próbki są w porządku, ale nie wiem, jak będzie to wyglądało na dużej powierzchni – usłyszałem w słuchawce i przeczułem, że nie pójdzie łatwo – chcę, żebyś wykonał mi ścianę dwa i pół metra wysoką i kilka metrów szeroką. Muszę też wiedzieć jaki procent jest rdzy na patynie.

Ostatnie pytanie, czy rozumiem o co mu chodzi usłyszałem nadzwyczaj wyraźnie. Kołatało mi się, jak to zrobić.

Poszedłem do pracowników z działu aplikacji, ale ich optymizm sprawił, że uwierzyłem, że się da. Tak też się stało. Ściana poleciała do Indii. Podobała się inwestorom tak samo jak nam.

Ale to Indie. Inna kultura, inny klimat. O materiał się nie baliśmy. Znamy go dobrze, współpracowaliśmy już z ludźmi stamtąd. Przypomniałem sobie, kiedy przyjechali do nas po raz pierwszy. Kobieta w pięknym, białym kostiumie i towarzyszący jej mężczyzna. Uśmiechnięci, pewni siebie i swoich potrzeb. Jakie zdziwienie odmalowało się na mojej twarzy, kiedy ta piękna egzotyczna kobieta włożyła ręce do wiadra, by sprawdzić jakość naszego produktu. Uśmiech i kiwnięcie głową znaczyły dla mnie wtedy więcej niż kontrakt spisany na piśmie.

Przypomniałem sobie o tym , gdy delegowałem do Indii swego wspólnika – Mikołaja. Umowa bowiem zakładała nie tylko materiał, ale i instrukcje dla ekipy wykonawców.

Mikołaj poleciał, a my spokojnie zabraliśmy się za inne tematy, dumni z tego, co udało nam się zrobić.

Nawet zazdrościłem Mikołajowi tego wyjazdu. Lubię tam być. Zadzwonił po czterech dniach. Byłem przekonany, że dowiem się, że już wraca i wszystko potoczyło się gładko. W słuchawce usłyszałem jednak:

– Mariusz, tu nikogo nie ma – konspiracyjnie niemal zabrzmiał głos wspólnika.

– Jak to nie ma? – zapytałem zdziwiony i przestraszony.

– Normalnie, nie ma żadnej ekipy, nie mam kogo uczyć.

Starałem się nie denerwować jego i siebie i zaproponowałem, żeby poczekał do następnego dnia. Jednak historia się powtórzyła. Telefon od Mikołaja i stwierdzenie, że nikogo nie ma.

Teraz wiemy już, że tak działa się w Indiach, że trzeba brać spory margines na ludzi, warunki i czas, który u nich płynie innym rytmem niż u nas. Trening został przeprowadzony. Inwestycja wykonana.

Wszedłem na maila kilka tygodni po zakończeni projektu i zobaczyłem zdjęcia. Inwestycja została nagrodzona jako najciekawsza przestrzeń biurowa w 2017 roku na świecie. Słowa „Patyna prezentuje się znakomicie” sprawiły, że poczułem dumę z tego, co robię. Pomyślałem także, że jeszcze sporo takich wyzwań przed nami.